Przygoda nie z tej ziemi - początek
- szalonawiewiora

- 12 lip
- 5 minut(y) czytania
15 dni, 6 różnych krajów, 3 różne pory roku i blisko 4,5 tysiąca zdjęć oraz filmów - tak właśnie upłynął mi czerwiec.

Długo zastanawiałam się jak zacząć moją opowieść o Ameryce Południowej. Jak w kilku postach opowiedzieć o jednej z największych przygód mojego życia, tak żeby wszystko Wam przekazać, a żeby równocześnie nie zanudzić Was moją historią.
I chociaż dalej nie bardzo wiem jak najlepiej to powiedzieć, to postanowiłam dłużej nie zwlekać i po prostu zacząć. Jakoś to będzie 😊
Ameryka Południowa to zupełnie inny świat. Będąc tam zobaczyłam, że nie liczy się pogoń za czasem, że wiara może być naprawdę głęboka, a natura dzika i naprawdę piękna.

Każdy dzień był inny i to nie tylko dlatego, że co chwila zmienialiśmy miejsce pobytu. Tam po prostu nie da się nudzić 😁
I chociaż każde z tych miejsc było naprawdę wyjątkowe, to mnie najbardziej do gustu przypadły Boliwia, Peru i Brazylia.
Poza tym odwiedziłam jeszcze Argentynę, Paragwaj oraz Chile.
Było intensywnie, momentami trochę niebezpiecznie, ale zarazem wyjątkowo.
Po podróży tam, wiem już że poza dobrym ekwipunkiem, masą pozytywnej energii i dobrej kondycji, potrzebne jest Wam również szczęście. My mieliśmy go naprawdę sporo. Zaczynając od pogody pomimo zimowej pory, na bezproblemowych przejściach granicznych kończąc.
Naszą przygodę zaczęliśmy od Peru, gdzie głównym punktem wycieczki było oczywiście Machu Picchu, które od dawna wisiało na liście moich marzeń.
Nie zawiodłam się, naprawdę zrobiło na mnie ogromne wrażenie.
Sama wspinaczka na wysokościach nie była jakoś bardzo trudna, bo co chwila zatrzymywaliśmy się na zdjęcia, a dodatkowo te widoki... zrekompensowały cały włożony wysiłek.
Aaa... byłabym zapomniała. Żeby dojechać do Machu Picchu, trzeba najpierw wsiąść do specjalnego pociągu. W naszym przypadku była to stacja w miejscowości Ollantaytambo, gdzie mieliśmy nocleg. Swoją drogą, to urocze miasteczko, w którym także znajdziecie stanowiska archeologiczne.
Nie tylko samo wprowadzenie robi wrażenie. Sama trasa wiedzie przez naturę i górskie tereny.

W pociągu poznajemy też historię dwojga zakochanych.

Potem przesiadamy się jeszcze do busa, który podwozi nas już pod wejście na szlak.
Chociaż Machu Picchu jest najbardziej znane, to okazało się, że pozostałości po dawnej cywilizacji są znacznie bardziej rozległe, niż mi się wydawało. W swojej podróży odwiedziliśmy jeszcze kilka miejsc związanych ze Świętą Doliną Inków. Jak na przykład miasteczko Písac.
Jednak Peru to nie tylko niezwykła, dawna historia Inków. To też tradycja. Miejscowości zbudowane zostały na starych fundamentach, a mieszkańcy wciąż ubierają się w starodawne stroje co dodaje wyjątkowego klimatu podczas wizyty w każdej miejscowości.
W Cusco natomiast po raz pierwszy w życiu spotkałam się też z taką głęboką wiarą u ludzi. Ja ją wręcz poczułam.
W czerwcu mają oni wiele obchodów religijnych. W sumie to przez cały miesiąc mieszkańcy po prostu świętują na ulicach. Każda szkoła, grupa społeczna oraz zawodowa przygotowuje się do parad i tańca.

Z każdej pobliskiej miejscowości do Cusco przynoszone są statuy świętych patronów, do których wierni modlą się w tracie dnia.

Co ciekawe w kościołach Jezus widzący na krzyżu, odziany jest w przepiękną szatę.

Nawet obraz Ostatniej Wieczerzy dopasowany jest do tamtejszej kultury, dlatego na stole znajdziemy największy lokalny przysmak, czyli świnkę morską, którą podaje się na najważniejsze uroczystości rodzinne, jak na przykład ślub. Do picia natomiast nie może zabraknąć Chicha Morada, czyli kompotu z czarnej kukurydzy.

Świnka morska jest bardzo droga, dlatego to dla miejscowych rarytas.
Spróbowałam... i nie polecam.

Jej najlepszą częścią jest głowa, ale na to się nie odważyłam.
Za to mięso lamy i alpaki mogę Wam polecić. Mnie do gustu przypadło zwłaszcza to pierwsze, bo jakoś tak wewnętrznie bardziej szkoda było mi alpaczek.
Wracając jednak do wątku tańca... prawdziwe show dzieje się w Cusco wieczorem, gdy już mniej oficjalnie, ludzie zaczynają spontanicznie wychodzić na ulice.
Miałam wrażenie, że oglądam tańce plemienne. To było niesamowite!!!
Z Peru udaliśmy się do Boliwii. Tego państwa bałam się najbardziej od samego początku, bo od kilku miesięcy odbywają się tam protesty. To też jeden z najbiedniejszych krajów Ameryki Południowej.
Ale wiecie co?
To właśnie tam zostało moje serce.
Bo chociaż trzeba się pilnować z tym co się mówi, żeby nie płacić łapówek, brakuje tam paliwa oraz żywności, a sytuacja w państwie jest naprawdę niestabilna, to ludzie i tak uśmiechają się do siebie i dzielą wszystkim co mają... nawet jeśli oznacza to, że im zabraknie.
Nie mówiąc już o krajobrazie, który jest tak zróżnicowany, dziki i piękny, że przy każdym spojrzeniu zabiera dech w piersiach.

To właśnie tutaj po raz pierwszy doświadczyliśmy do tego, co to znaczy mieć fart. Okazało się, że w dzień w którym przyjechaliśmy, był również pierwszym od miesiąca bez protestów. Dzięki temu oraz uprzejmości wojskowych, mogliśmy wejść na główny plac, który dotychczas był zamknięty.

Dwa dni później, gdy wyjechaliśmy już samochodami terenowymi na pustynię (co swoją drogą było jedną z największych przygód podczas tej wyprawy), by nią dojechać do granicy z Chile i cudem ją przekroczyliśmy (bo gdybyśmy byli tam godzinę później to by nas nie wpuszczono z racji na to, że pracownicy stwierdzili że idą do domu), okazało się że w Boliwii ogłoszono stan wyjątkowy.
Dodatkowo nasi kierowcy mieli paliwo tylko na nasz transport. Sami musieli czekać na granicy przynajmniej trzy dni, by ktoś z kolegów kupił im jakimś trafem benzynę i ją dostarczył.
Nic więc dziwnego, że byliśmy tam praktycznie jedynymi turystami, dzięki temu mogliśmy w pełni doświadczyć tamtejszej kultury, bez masy innych podróżników na plecach.
A tradycja w Boliwii jest naprawdę bogata i starodawna. Do tej pory mieszkańcy składają ofiary, udają się na Targ Czarownic po amulety i oddają swoje modły do Pachamama.
Wybraliśmy się też na wieczorek boliwijski, gdzie mogliśmy zobaczyć tradycyjne tańce, a nawet wziąć w nich udział, bo kilkukrotnie wciągnięto nas na scenę...
Było cudownie.
Jednak najbardziej w mojej pamięci zostanie ta przewspaniała przyroda.
To właśnie w Boliwii znajduje się najwyżej położone miasto na świecie (La Paz), w którym za najszybszy transport publiczny służy kolejka liniowa. Jest tam również największe solnisko na świecie (Salar de Uyuni), a na nim wyspa kaktusowa. Możecie wybrać się też na cmentarzysko lokomotyw, a sama trasa do Chile wiedzie przez pustynny rezerwat Eduardo Avaroa, na którym występują liczne wulkany i wielobarwne laguny.
A tak przy okazji to widzieliście kiedyś jak wygląda kaktus w środku?

W środku jest drewno, z którego na tym kontynencie robione są płoty, bramy, kosze na śmieci, a nawet znaki.
Aaa.. jak już wspominałam, to w Ameryce Południowej jest aktualnie zima, stąd też nasze stroje.

Temperatura sięgała miejscami minus 20 stopni, a pomimo stopniowego przyzwyczajania się do wysokości, oddychało się coraz trudniej. Dlatego wskazane było rzucie liści koki i wstrzymanie się od alkoholu, żeby jakoś przetrwać te drogę bez większych problemów.
Nam się to udało (z małymi nagięciami), a Dorotka była naprawdę szczęśliwa od samego początku.

Pozwólcie, że w tym miejscu postawię kropkę mojej opowieści. Zarówno w Chile, jak i w Argentynie, Paragwaju oraz Brazylii działo się na tyle dużo, że pozwolę sobie opowiedzieć o tym w kolejnych postach.
Mam nadzieję, że ten wstęp zachęci Was do wysłuchania dalszej historii z mojej niezwykłej przygody.




Komentarze