Daleko jeszcze? - Czyli kolejna część podróży
- szalonawiewiora

- 19 lip
- 4 minut(y) czytania
Jak już wspominałam we wcześniejszym poście, z Boliwii przejechaliśmy do Chile.
Na granicy przesiedliśmy się do autobusu, by stamtąd udać się do San Pedro de Atacama.

I szczerze chociaż najpierw narzekałam w duchu, że tyle czasu spędzamy na lotnisku to po chwili w autokarze, wiedziałam już że totalnie wolę przemieszczać się samolotem. W tym przekonaniu miałam się jeszcze okazję utwierdzić podczas kilkugodzinnej podróży do Salty, ale o tym za chwilę.
San Pedro de Atacama jest świetną bazą wypadową do Valle de la Luna, czyli Doliny Księżycowej, w której możecie poczuć się jakbyście byli na innej planecie. Tutaj też zmniejszamy wysokość do jakichś 2,5 tysięcy metrów nad poziomem morza, więc wspinaczka nie jest tak mocno wymagająca, dzięki czemu możecie skupić się bardziej na podziwianiu widoków, a nie łapaniu oddechu.
Z tego co dowiedzieliśmy się na miejscu, to właśnie między innymi tutaj testowane są łaziki marsjańskie. Dzięki temu skalistemu krajobrazowi i ekstremalnie suchym warunkom na putnymi Atakama jest świetna przestrzeń dla agencji kosmicznych, żeby symulować na tej przestrzeni misję na Marsa.

Muszę się Wam przyznać, że pomimo przepięknych widoków to Chile najmniej przypadło mi do gustu. W kraju tym panuje wiele zasad, które trzeba przestrzegać. I chociaż akurat to dla mnie zazwyczaj jest na plus, bo ja uwielbiam przepisy to tutaj odniosłam wrażenie, że ktoś sobie coś ustalił, wprowadził na siłę i ludzie chociaż nie chcą to muszą się dostosować. Przez to większość osób była jakaś taka dziwnie spięta.
Chociaż nie powiem bo w naszej bazie noclegowej nie mogliśmy narzekać na obsługę, wszyscy byli bardzo mili i pomocni. A od randomowej Pani w sklepie dostałyśmy z koleżanką bezinteresowną pomoc przy wyborze wina.
Ale na początku sam fakt, że sklepu z alkoholem musieliśmy szukać na obrzeżach miasta, a w barach nie chciano nam podać drinka bez zamawiania jedzenia... trochę mnie zirytował.
Po sprawdzeniu regulacji krajowych, rozumiem już to podejście, bo tam po prostu pilnują, żeby nikt nie spożywał trunków w nieodpowiedni sposób przy takich wysokościach. Niektóre restauracje wcale nie miały dostępnych napojów z procentami.
Ogólnie cały czas odnosiłam wrażenie, że nie jesteśmy tam do końca mile widziani. I pewnie to błędne myślenie, ale takie po prostu miałam odczucia.
Jednak poza tym wszystkim miasteczko było klimatyczne, a my wracając z obrzeży mogliśmy dodatkowo napawać się urokami przyrody.
Naszym kolejnym punktem podróży była Salta w Argentynie, oddalona o jakieś 500 kilometrów od naszego dotychczasowego miejsca pobytu.
To była jedna z najdłuższych wycieczek autobusowych w moim dorosłym życiu... i mam nadzieję, że ostatnia.
Generalnie mieliśmy postoje, ale ja naprawdę totalnie odzwyczaiłam się od tego typu podróży. Ostatni raz tak długą wycieczkę autokarową odbyłam będąc w gimnazjum. Za to po drodze widzieliśmy wiele przepięknych miejsc, a trasa sama w sobie była wyjątkowa.

Po drodze zatrzymaliśmy się jeszcze w miejscowości Purmamarca, gdzie można podziwiać Wzgórze Siedmiu Kolorów. Gorąco polecam, bo jest przepiękne.

Gdy wreszcie dojechaliśmy do Salty, najpierw zwiedziliśmy miasto i punkt widokowy, a potem był czas wolny. Był to dobry moment, żeby rozprostować nogi, więc spacerek wjechał jak złoto.
Podczas tej wycieczki mieliśmy również okazję odwiedzić wyjątkowe muzeum, gdzie prezentowane są trzy mumie „Dzieci z Llullaillaco”. Wystawa zmieniana jest co miesiąc (jeśli się nie mylę). My akurat trafiliśmy na siedmioletniego chłopczyka. Są jeszcze dwie dziewczynki: jedna w wieku 15 lat, a druga 6. Wszyscy troje byli złożeni w ofierze przez Inków jakieś 500 lat temu. Ich ciała zostały znalezione na szczycie wulkanu Llullaillaco w Argentynie.
Na miejscu nie można było robić zdjęć, więc udało nam się uchwycić tylko takie ujęcie z ekranu, ale jeśli Was to interesuje to widziałam, że w Internecie znajdziecie więcej na ten temat.

Powiem Wam, że zrobiło to na mnie ogromne wrażenie, bo chociaż widziałam już mumie w Egipcie to w porównaniu do tamtych wysuszonych, te były wprost "żywe". To dziecko wyglądało jakby sobie po prostu spało.
Przez skrajnie minusowe temperatury, które tam panowały i brak wilgoci, a tym samym też bakterii i grzybów - ciała zachowały się wręcz w idealnym można powiedzieć stanie.
Ale to nie jedyna atrakcja Salty. Miasteczko samo w sobie, jak również punkt widokowy też są bardzo urokliwe.
Dorotka zobaczyła jeszcze kwiaty (które zresztą zamarzyło mi się kupić do swojego ogrodu), więc musiała sobie zrobić jeszcze sesję zdjęciową. Ale zobaczcie sami... czyż nie jest pięknie? 😍

Wieczorem mieliśmy lot do Buenos Aires, więc szybko zameldowaliśmy się w hotelu i padliśmy ze zmęczenia. Rano natomiast wybraliśmy się na spacer, by odkryć jego tajemnice.

I chociaż Argentyna podobnie jak Chile też nie skradła mojego serca, to to nowoczesne miasto robiło wrażenie. Tyle, że właśnie... jak dla mnie za dużo było tutaj współczesności, a ta podróż przyzwyczaiła mnie do tej pory bardziej do dawnych, kulturowych aspektów Ameryki Południowej.
Nie mniej odwiedziliśmy też dzielnicę La Boca, która jest niesamowicie barwna, co wyróżnia ją na tle pozostałych części miasta. To wszystko za sprawą jej pierwszych mieszkańców, którzy przybyli z Europy. Ta część najbardziej przypadła mi do gustu.
To miejsce gorąco polecam Wam odwiedzić jeśli będziecie w Argentynie. W niedalekiej odległości znajduje się stadion klubu Boca Juniors, więc i panowie znajdą coś dla siebie 😉
Jest również możliwość wejścia do jednego z tych niezwykłych domów. Mały, ale uroczy iii... bardzo kolorowy.
Aaa.. był też ogromny metalowy kwiat ustawiony na zbiorniku wodnym, który możecie podziwiać na jednym ze zdjęć powyżej. On też był przepiękny. Chociaż kiedyś musiał robić jeszcze lepsze wrażenie, bo otwierał się za dnia i zamykał na noc, ale już od jakiegoś czasu mechanizm nie działa. Wielka szkoda.
W Buenos Aires mieliśmy też okazję spróbować słynnej argentyńskiej wołowiny, która swoją drogą bardzo mi smakowała, mimo że nie lubię steków... a przynajmniej tak mi się wydawało 😅

Podczas tego wieczoru czas umilał nam tango show z muzyką na żywo. To było wręcz magiczne. I chociaż na tańcu nie znam się praktycznie wcale poza graniem w Just Dance to ten magiczny spektakl totalnie przeniósł mnie do innego, argentyńskiego świata.

I tym miłym akcentem opuszczamy kurtynę w dół i ja dziękuję Wam za dzisiaj.
Zostały nam jeszcze wodospady oraz Brazylia, ale o tym napiszę Wam kolejnym razem, bo musiałabym jeszcze długo opowiadać o tym co nam się tam przytrafiło.
Już teraz zapraszam Was na bloga w przyszłą niedzielę, bo będzie się działo...
A tymczasem trzymacie się cieplutko i miłego tygodnia ❤️




Komentarze