Plan dnia to podstawa
- szalonawiewiora

- 17 maj
- 2 minut(y) czytania
Powiem Wam, że przez dłuższy czas (jakieś kilka miesięcy) borykałam się z lenistwem i bezsilnością. Na nic nie miałam ochoty, a wszystkie moje postanowienia szybko brały w łeb.
Powiedziałam sobie, że muszę to zmienić, bo sama nie mogłam ze sobą już wytrzymać.
Po każdych wakacjach lub wyjeździe obiecywałam sobie, że od teraz to na pewno będzie inaczej, że będę ćwiczyć, regularnie dodawać posty na bloga i w ogóle uporządkuję swoje życie od A do Z.
Szkoda tylko, że trwało to maksymalnie 2-3 tygodnie i zawsze kończyło się tak samo - brak motywacji i najróżniejsze wymówki.
Przesiadywałam całe dnie na kanapie oglądając seriale lub grając w gry komputerowe. Niedługo później już nawet na to nie miałam ochoty i albo zmuszałam się do oglądania koreańskiej dramy, którą nawet nie byłam zainteresowana albo przeglądałam telefon bez większego sensu. Z dodatkowych zajęć ograniczałam się jedynie do rzeczy absolutnie niezbędnych, jak na przykład sprzątanie, czy spacer z psem.
Chodziłam zmęczona i coraz bardziej popadałam w rutynę. Praca - dom - praca.
Nawet wyjścia ze znajomymi zaczęły mi sprawiać problem, bo najpierw się na coś zgadzałam, a potem bardzo trudno było mi się do tego zebrać. Jednak z czystej przyzwoitości nie odwoływałam wizyt, tylko dalej w to brnęłam. I całe szczęście!
Wtedy też wpadłam na pomysł, żeby rezerwować restauracje z wyprzedzeniem w przypływie pozytywnej energii i wyciągać z domu również mojego męża. Sprawdziło się to idealnie, bo nawet gdy bardzo nam się nie chciało, to nie mieliśmy już innej możliwości jak się zmobilizować i pójść za ciosem.
Wiecie... ten proces myślowy trochę mi zajął, ale wreszcie przypomniałam sobie też, że jako dziecko nie lubiłam odkładać niczego na później. Należałam do tych uczniów, którzy gdy mieli coś zadane, to odrabiali to zaraz po powrocie do domu. Po pierwsze dlatego, że wiedzę miałam "na świeżo", a po drugie, żeby mieć to z głowy i nie zapomnieć o zadanej pracy domowej.
Również w pracy używam notesu (bardziej luźnych kartek) do zapisywania sobie wszystkich zadań, które muszę wykonać. Jeśli jest ich za dużo to układam z nich listę i ustawiam od najważniejszego do najmniej istotnego. Pozwala mi to skoncentrować się na pojedynczych celach oraz uniknąć chaosu.
Dlatego też, wreszcie olśniło mnie, że właśnie tego potrzebuję w domu - kalendarza, w którym będę zapisywać wszystkie plany i zadania. W moim przypadku musi to być koniecznie papierowa wersja, bo przypomnienia na telefonie zwyczajnie na mnie nie działają.
Ja muszę po prostu zapisać coś w zeszycie, a potem mieć satysfakcję z tego, że mogę coś odznaczyć (koniecznie kolorowym długopisem).

Zaczęłam używać kalendarza regularnie jakieś 2 miesiące temu i od razu mam więcej energii. Żeby nie było, kupiłam go na początku roku, ale ten pomysł musiał we mnie po prostu dojrzeć.
Najlepsze jest jednak to, że ja do tej pory wolę zrobić wszystko z marszu, a dopiero potem mieć odpoczynek, więc ten system idealnie się u mnie sprawdza. Ba! Rozpisałam sobie nawet, w który dzień muszę dodać kolejne zadania do listy.
Od tamtej pory bardzo pilnuję się, żeby przestrzegać swojego własnego planu, ale daję sobie miejsce na pewne ustępstwa. Zadanie nie może być skreślone. Może być co najwyżej przeniesione na inny dzień, jeśli jestem totalnie zmęczona lub coś mi wypadnie.
Dzięki temu mam więcej energii i chęci do działania💪
I jeśli Wy też tak macie, to gorąco polecam spróbować... mnie pomogło😁




Komentarze