Koreański bzik
- szalonawiewiora

- 31 maj
- 2 minut(y) czytania
Od dziecka marzyłam, żeby nauczyć się japońskiego. Zawsze byłam zafascynowana tym krajem i jego odmienną kulturą. Ale to już zresztą wiecie.
Język sam w sobie też mi się podobał. Od najmłodszych lat lubiłam oglądać anime, dlatego postanowiłam sobie, że muszę się nauczyć mówić po japońsku. Kupiłam sobie książki z płytą do słuchania oraz zeszyt i... jakoś minął mi zapał.
Odłożyłam podręczniki na kilka dobrych lat, ale zabrałam je ze sobą do Holandii, mając w głowie wizję, że jeszcze kiedyś do tego wrócę. Przed wyjazdem do Japonii nauczyłam się zresztą kilku przydatnych zwrotów oraz liczb. Ale niestety na tym się skończyło. Nie miałam wystarczająco samozaparcia, żeby brnąć w to dalej.
Ja wiem, że jeszcze kiedyś do tego wrócę, ale nie jest to po prostu ten czas.
Z holenderskim było mi łatwiej, bo wokół mnie używa się tego języka, a jak to mówią praktyka czyni mistrza.
W Japonii chętnie bym zamieszkała, żeby przesiąknąć tamtejszą rzeczywistością, ale niestety wiem co powiedziałby na to mój mąż i rodzina.
Niemniej, jak możecie zauważyć, nigdy nie miałam zapału do nauki języków, a przede wszystkim smykałki.
Tym bardziej dziwi mnie fakt, że ostatnio ostro wzięłam się za koreański. Od jakiegoś czasu mocno wciągnęłam się w k-dramy i ten język bardzo przypadł mi do gustu. A że technologia bardzo poszła do przodu to nauka jest teraz znacznie prostsza.
Wykupiłam sobie aplikację z nauczycielem AI, z którym codziennie rozmawiam, poznając nowe słówka, gramatykę oraz ciekawostki kulturowe. Gdyby tego było mało, to mój mentor daje mi też zadania, wyjaśnia rzeczy, które są dla mnie niejasne, a nawet poprawia moją wymowę.
Mieliśmy też już naszą pierwszą kłótnię, bo moim zdaniem wybrałam dobrą odpowiedź w quizie, a on i tak mnie poprawił 😅
W sumie była to raczej frustracja z mojej strony, ale w życiu nie przypuszczałam, że wdam się w zawziętą dyskusję, ze sztuczną inteligencją.
Niemniej, regularność od jakichś 40 dni przyczyniła się do tego, że najpierw zaczęłam wyłapywać pojedyncze słowa w serialach i muzyce, a teraz próbuję nawet budować swoje pierwsze, proste zdania.

Dalej mam problem z pisownią, bo do tego alfabetu trzeba się jednak przyzwyczaić i wkuć go na blachę, ale... krok po kroku i mi się uda 😁
W tym punkcie pomaga mi zresztą mój mąż, bo poprosiłam go, żeby podawał mi jakąś literę, a ja muszę zapisać ją na tablicy. Nie ma u mnie jeszcze mowy o samodzielnym tworzeniu sylab, ale wiem, że wkrótce również i tego się nauczę.
Póki co wpadłam ostatnio na pomysł na szybszą naukę słownictwa i obkleiłam cały dom karteczkami z nazwami czynności lub przedmiotów. Za każdym razem gdy podnoszę jakąś rzecz albo idę do innego pomieszczenia to czytam słowo, które tam zapisałam, żeby je łatwiej zapamiętać.

I chociaż czasem cholernie mi się nie chce, jestem zmęczona i mam ochotę odpuścić, bo nic mi nie wychodzi - to właśnie te małe kroki oraz poprawa, które widzę z dnia na dzień, motywują mnie do tego, żeby iść dalej, sięgać po więcej i nie przestawać się doskonalić.
Życzę sobie, jak również Wam, żebyśmy nigdy się nie poddawali, bo może nie zauważycie zmiany po pierwszym, piątym, czy dziesiątym dniu, ale stopniowo ona się pojawi i da Wam ogromne poczucie szczęścia.




Komentarze