Azjatycki festiwal w Kielcach
- szalonawiewiora

- 3 maj
- 3 minut(y) czytania
Będąc ostatnio w Polsce, spontanicznie wybraliśmy się z rodzinką na festiwal azjatycki w Kielcach.
Wiecie... mnie jeśli chodzi o rzeczy związane z Azją, nie trzeba długo namawiać 😅, dlatego na dzień przed przyjazdem, gdy mama wysłała mi ulotkę z imprezy planowanej w Hali Legionów to od razu uznałam, że będzie to dobry początek urlopu.
I chociaż nie spodziewałam się jakiegoś wybitnego wydarzenia, to na miejscu miło się zaskoczyłam.
W założeniu miał to być godzinny wypad, żeby tylko się rozejrzeć, a także spróbować czegoś nowego, a w efekcie spędziliśmy tam kilka ładnych godzin i wyszliśmy najedzeni po brzegi.
I w tym miejscu muszę Was przeprosić, bo nie spodziewałam się, że będę chciała z tego zrobić post na bloga, więc nie strzelałam fotek każdego stoiska jak głupia, skupiając się głównie na jedzeniu 🤣
Nie możecie mi się jednak dziwić, bo to czego tam spróbowałam... było naprawdę pyszne, a wybór - ogromny.

Wyobraźcie sobie, że z każdej strony hali, jak również na środku ustawione były stoiska z jedzeniem oraz napojami, ale nie tylko. Na miejscu można było kupić też azjatyckie przekąski, komiksy, maskotki, płyty z anime i grami komputerowymi, a także kosmetyki.
Naprawdę... do wyboru, do koloru.
My jednak (jak już zaznaczyłam powyżej) skupiliśmy się głównie na jedzonku, bo po początkowym rozejrzeniu się w temacie, okazało się, że znaleźliśmy kilka stoisk, które nas zaciekawiły.
Jak na przykład ten punkt z onigiri, w którym Pan przygotowywał je na świeżo.

Jadłam je już kilka razy, ale do tej pory tylko na zimno. W Japonii to punkt obowiązkowy do spróbowania. Jest to tak powszechna pozycja, że dostaniecie ją w każdym Seven-Eleven.
Nie mogłam jednak zaprzepaścić szansy zobaczenia procesu przygotowania tej potrawy, jak również spróbowania jej zaraz po przygotowaniu.
Totalnie się nie zawiodłam 😍

To był świetny początek, ale ślinka zaczęła mi cieknąć dopiero, gdy zobaczyłam moją ulubioną potrawę - Baozi.
To takie nasze pampuchy (które po prostu KOCHAM), ale w ulepszonej wersji z nadzieniem. Danie to pochodzi z Chin, ale jest popularnym street foodem w całej Azji.
Gdy pierwszy raz spróbowałam tych bułeczek w Japonii to totalnie się rozpłynęłam. Dlatego kiedy ujrzałam je na festiwalu w Kielcach to wiedziałam, że nie przepuszczę okazji zjedzenia ich. To był też świetny moment do podzielenia się nimi z rodzinką. Wzięliśmy sobie po jednej baozi nadziewanej mięsem i jednej z anko, czyli słodką pastą z czerwonej fasoli.

I gdybym miała wybrać jedną rzecz, którą musiałabym jeść do końca życia to postawiłabym właśnie na baozi albo pierogi, bo je też uwielbiam.
I owszem... nie mylicie się.. tu też musiały wjechać.

Z sekcji wytrawnej trafiliśmy również na stanowisko z kuchnią perską. Wzięliśmy tam sobie herbatę (chyba czarną) z dodatkiem róży i innych ziół, która była wyjątkowo ciekawa w smaku. Do tego dobraliśmy kilka pierogów perskich z różnym nadzieniem w kształcie trójkąta z ciasta dyniowego. Niestety nie zwróciłam uwagi na ich nazwę, ale poczciwy wujek Google podpowiedział, że to sambousa, ale te na moich zdjęciach są większe niż te w wyszukiwarce, więc nie jestem pewna 🙈


I chociaż nie lubię kminku, a większość z nadzień go miała, to było to naprawdę interesujące doświadczenie kulinarne.
Całość była jednak dosyć sucha, więc dobrze było to później czymś popić. Ja prowadziłam auto, więc kupiłam sobie jeden z azjatyckich napojów gazowanych, który popijałyśmy z siostrą, a reszta naszej załogi udała się na degustację piwa.


I wreszcie nadszedł moment, w którym możemy przejść do sekcji słodyczy. Nie mieliśmy już miejsca w żołądkach na to, żeby zjeść ich dużo, ale postanowiliśmy spróbować kilku specjałów.
Tureckie łakocie skradły nasze serca. Zwłaszcza, że można było kupić mix różnych słodkości, a każdy z nich miał inną strukturę i smak. PYCHA!

Nie mogłam też odpuścić możliwości spróbowania yakgwa - miodowych, koreańskich ciasteczek, na które polowałam już od jakiegoś czasu.

Były kleiste i ciekawe w smaku, ale nie mam jeszcze porównania. Z pewnością jednak, gdy wybiorę się do Korei to spróbuję oryginału.
To teraz czas na małe podsumowanie, bo chciałabym wyrazić słowa uznania za zorganizowanie takiej imprezy.
Nie zrozumcie mnie źle, ale byłam już na kilku wydarzeniach tego typu, w różnych miastach Polski oraz Holandii i zazwyczaj kończyło się to klapą, jak również rozczarowaniem z mojej strony.
Muszę ku mojemu ogromnemu zdziwieniu stwierdzić, że tym razem naprawdę bardzo mi się podobało. Na miejscu były dostępne stoliki, przy których można było na spokojnie zjeść. Wybór dań i przekrój różnych kuchni azjatyckich był ogromny. Cenowo można byłoby się przyczepić, ale idąc w kilka osób, żeby wziąć po parę rzeczy na spółę do spróbowania, dało się to przeżyć.
Do domu wracałam najedzona i z uśmiechem na ustach.
Brawo Kielce! Oby więcej takich imprez! 🙂😍




Komentarze